niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział czwarty



Justin z niedowierzaniem spoglądał na chłopaka, który znajdował się na przeciwko niego. Byli przyjaciółmi już od kilku lat, więc tym bardziej szatyn nie spodziewał się takiego zachowania po Ryanie. Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego chciał mu to zrobić i dlaczego tak bardzo bolało to Justina? Chłopak odciągnął od ust wąską rurkę nie odrywając wzroku od Ryana. Jak to się stało, że wcześniej tego nie dostrzegł? Był tak bardzo pewny siebie, że zupełnie nie pomyślał o tym, że coś może pójść źle i że może przegrać. Zwłaszcza w taki sposób. Od kilku lat towarzyszyło mu przekonanie o tym, że jest najlepszy we wszystkim co robi chociaż wcale nie było to zgodne z prawdą. Dostrzegając drwiący uśmieszek na twarzy swojego najlepszego przyjaciela Justin zacisnął wolną dłoń w pięść. To było coś zupełnie nowego, bo przecież on nie popełniał błędów, a nawet jeśli to rzadko ponosił konsekwencje swoich czynów, więc dlaczego tym razem miało być inaczej? Wypuścił powietrze ze świstem, a jasne obłoczki wypełzły z jego ust i nosa unosząc się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu całkowicie zniknęły.
- Twój ruch - powiedział Ryan.
Justin skinął głową. Był gotowy na wszystko, ale wiedział, że za żadne skarby świata nie może pozwolić, by Ryan wygrał. Chłopak machnął dłonią wypuszczając z niej dwie małe kostki, które potoczyły się po planszy. Z zaciśniętym sercem pochylił się sprawdzając ilość wyrzuconych oczek.
- Tak! - krzyknął ucieszony łapiąc za swój pionek.. - Kupuję! - dodał entuzjastycznym tonem, a następnie odliczył odpowiednią kwotę z papierkowych pieniędzy. Tym samym w jego posiadaniu znalazło się najbogatsza ulica, którą można było kupić w Monopoly.
- Jesteś chamski - skomentował Ryan, którego uśmiech zupełnie zgasł.
- Wow stary, to tylko gra.
- Aha - odparł cierpko. - Jeszcze dwie minuty temu nie zachowywałeś się tak jakby to była TYLKO gra. Dopiero co mówiłeś, że mam się nie popisywać, a teraz sam zaczynasz!
Justin wywrócił teatralnie oczami i podparł znudzony głowę na ręce obserwując ruchy swojego przyjaciela. Najpierw sprawdził czy aby na pewno Justin postawił swojego pionka w odpowiednim miejscu, a  później oburzony rzucił mu kartę własności, następnie zaczął nerwowo chuchać na kostki, aż w końcu zdecydował się nimi rzucić.
- Nienawidzę cię - powiedział naburmuszony chłopak, gdy dostrzegł o ile pól musi się przesnuąć. - Zawsze musisz wygrywać.
- Przecież raz pozwoliłem ci...
- Słucham?! - Ryan przerwał mu niemal krzykiem. - Nie pozwoliłeś! Ja to sam wtedy wygrałem! Bez twojej pomocy!
- Taaa - mruknął w odpowiedzi Justin.
Nie chciał się wykłócać, ani denerwować żałosnym zachowaniem przyjaciela. Ten jeden raz, gdy Ryan wygrał z małą pomocą szatyna musiał być ostatnim. Justin nie mógł pozwolić, by jeszcze kiedykolwiek do tego doszło. Po tamtym dniu, w którym Ryan wygrał nie zamykał swoich ust przez bite dwa miesiące. Opowiadał każdej napotkaniej osobie, że jest najlepszy, bo wygrał z samym Justinem. Natomiast sam Bieber był przekonany, że jeśli jeszcze kiedykolwiek dojdzie do takiej sytuacji skończy się to tragicznie, bo nie miał zamiaru nigdy więcej wysłuchiwać głupich i żałosnych przechwałek. Jakby wygranie (w dodatku upozorowane) było osiągnięciem na skalę światową! Cóż może dla Ryana faktycznie tak było, ale Justin był po prostu zmęczony i poirytowany jego zachowaniem. Kontynuowali grę rzucając sobie wściekłe spojrzenia, uśmiechając się z satysfakcją i kłócąc się o podbieranie pieniędzy z banku, albo pokazując środkowe palce.
Poznali się jakieś trzy lata temu, gdy w życiu Justina wszystko zostało wywrócone do góry nogami. Był wtedy bardzo zagubiony, samotny i bezradny, a przy tym przerażony. Podobnie było z Ryanem, który w tamtym momencie też nie wiedział co ze sobą zrobić. Wpadli na siebie przypadkiem, gdy potrzebowali kogoś komu mogliby się wygadać. Nie był to najlepszy dla nich czas. Nie mieli żadnego wsparcia od bliskich i nie radzili sobie z własnymi problemami. Od tamtej pory bez względu na wszystko wspierali się, gdy zachodziła taka potrzeba. Byli jak bracia, którzy kłócą się o każdą głupotę, ale też potrafią postawić siebie nawzajem do pionu i doprowadzić do porządku, gdy jest to konieczne. Koniec końców wszystko ułożyło się tak jak tego chcieli, a przynajmniej tak im się wydawało.
- Stary, wyjaśnij mi skąd masz ten hotel? - zapytał Justin podnosząc plastikowy domek do góry.
- Kupiłem go.
- Kiedy?
- Pięć minut temu.
Justin trochę się zdenerwował, bo wiedział, że to kłamstwo. Nie przypominał sobie, by Ryan cokolwiek wykupywał w przeciągu ostatnich dziesięciu minut. Mimo tego, że sam oszukiwał czuł się urażony, że jego przyjaciel robi to samo. Momentami byli gorsi niż najbardziej rozpieszczone dzieci. Justin zacisnął usta i rzucił kostkami starając się skupić na grze. Musiał być skupiony, by wygrać. Nie chciał, by taka mała głupota wytrąciła go z równowagi. A już szczególnie, że miał dzisiaj teoretycznie wolne. Teoretycznie, bo już od samego rana ciągle ktoś mu przeszkadzał mimo tego, że każdy wiedział, że on i Ryan mają dzień dla siebie. Nim przesunął swój pionek na odpowiednie miejsce spojrzał w stronę drzwi. Wyraźnie słyszał coraz szybciej zbliżające się kroki. Na samą myśl, że znowu będzie musiał coś robić za te niedorajdy wywrócił oczami. Wściekł się nim czternastoletni chłopak przekroczył próg salonu. Justin nie potrafił zrozumieć, co jest takiego skomplikowanego w komunikacie "nie przeszkadzać"? Czy mózgi tej grupy idiotów, były jeszcze mniejsze niż podejrzewał? Od samego rana robili problemy o każdą głupotę. Nie zajmowali się tym czym mieli, wygłupiali się, byli głośni i bezczelni. Dlatego Justin i Ryan zdecydowali, że zostaną w środku domu, pograją w gry, później obejrzą mecz i pojadą na imprezę. Ale nie, oczywiście, że nie mogło być tak jak to sobie zaplanowali, bo przecież jego ludzie nie dadzą im spokoju. Justin zawsze będzie musiał ich prowadzić za rączki i wkurzać się ich zachowaniem. A przecież nie był ani ich ojcem, ani szefem. Zasługiwał na ten wolny dzień. Wszyscy to przyznali, więc dlaczego nie mogli mu dać chwili wytchnienia?
- Justin! - krzyknął chłopiec, który niemal potknął się o własne nogi wpadając do salonu jak burza.
- Jestem zajęty - warknął szatyn. - Ile razy wam już to dzisiaj powiedziałem? Mieliście mi nie przeszkadzać, więc chociaż raz mnie posłuchajcie i zajmijcie się wszystkim sami - mówił szorstkim, bardzo surowym tonem patrząc na niskiego chłopczyka, o dużych dziecięcych oczach. Młody zawstydził się, spuścił głowę, ale nie przesunął się ze swojego miejsca nawet o milimetr.
- To jest ważne! - krzyknął. Zmarszczył brwi patrząc wyczekująco na Justina. Wyglądało to tak, jakby oczekiwał jakiegoś znaku na to, czy może kontynuować. Evan nigdy nie odpuszczał, był jeszcze dzieckiem, cholernie upartym gnojkiem, który podobnie jak Justin nie potrafił przyjmować ze spokojem sprzeciwów. Szatyn bardzo często widział w nim młodszą wersję siebie, ale wolał o tym nikomu nie mówić. Miał tylko nadzieję, że Evana nigdy nie spotka to co spotkało jego.
- Dobra Młody, mów o co chodzi byle szybko.
- Przyszła do ciebie jakaś dziewczyna - ogłosił drapiąc się po głowie.
Justin odsunął się od stołu z taką siłą, że gdy wstał krzesło, na którym siedział przewróciło się i z hukiem uderzyło o podłogę. Wkurzył się tak bardzo, że prawie zapomniał o tym, że ma przed sobą dzieciaka, a nie dorosłego mężczyznę.
- Naprawdę, któryś z tych idiotów przysłał cię z taką pierdołą? I to jest ten wasz problem?! - krzyknął wyrzucając ręce w powietrze. - Powiedzcie jej, że ma spadać i nie przyłaźcie do mnie z takimi pierdołami!
- Ale...
- Młody słyszałeś - wtrącił Ryan nie chcąc, by Justinowi zupełnie odbiło.
- To jest ważne!
Evan tupnął energicznie nogą i skrzyżował ręce patrząc buntowniczo to na Ryana, to na Justina. Czasami wszyscy zapominali o tym, że ten mały blondyn był dzieckiem, które mimo młodego wieku miało już bagaż doświadczeń. Chłopak zdecydowanie potrafił odróżnić to co ważne od tego co nie jest istotne, a w dodatku był bardzo dojrzały. Ba, czasami zachowywał się dojrzalej niż jego osiemnastoletni koledzy.
Justin teatralnie zasłonił usta dłonią robiąc wielkie oczy.
- Chyba nie zostałem ojcem, co? - zapytał. Chłopiec wykrzywił usta w grymasie i potrząsnął głową.
- Nie... chyba nie - odpowiedział patrząc na niego niepewnie. - Właściwie to nie wiem, ale ona powiedziała, że będzie rozmawiać tylko z tobą i z nikim innym.
Justin przetarł wierzchem dłoni swoją twarz. Był już tym wszystkim zmęczony.
- Zostawcie ją, sama sobie w końcu pójdzie.
Evan prychnął tak głośno, że zabrzmiało to bardzo dziwnie. Stał w tym samym miejscu co wcześniej z mocno zaciśniętymi zębami, gapiąc się na Justina z wymalowaną wściekłością na twarzy. Jego policzki  poróżowiały. Było po nim doskonale widać, że nie pasuje mu zachowanie Biebera. Nie zgadzał się z jego podejściem, ani z tym, że wszystko tak bardzo olewał. Justinowi przypomniało się, że kiedyś też taki był, ciekawy, uparty, chcący robić wszystko tak jak należy. To było wtedy, gdy jeszcze zależało mu na tym, by każdego zadowolić, ale te czasy minęły bezpowrotnie.
- Ona nigdzie nie pójdzie - oświadczył.
- A to niby dlaczego?
- Myślę, że nie da rady - powiedział Evan skubiąc brzeg swojej koszulki. Dopiero teraz Justin zainteresował się słowami swojego małego znajomego. Zmarszczył czoło spoglądając na niego z ciekawością.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Evan nadymał usta, a następnie wzruszył ramionami i wyszedł z salonu jak gdyby nigdy nic. Szatyn jęknął niezadowolony. Czuł się zmanipulowany i wiedział, że jeśli teraz nie wyjdzie na zewnątrz zjedzą go wyrzuty sumienia spowodowane długimi, pełnymi żalu spojrzeniami pewnego czternastoletniego chłopca. Nic nie mówiąc Ryanowi, mamrocząc pod nosem wyszedł z salonu. Przeszedł przez przedpokój i zatrzymał się w miejscu, gdy tylko otworzył tylne drzwi. Dlaczego było tak cicho? Był środek tygodnia, w dodatku wszyscy byli u niego, więc Justin tym bardziej zaniepokoił się nagłym brakiem hałasu. Może wszyscy są z przodu domu? Może nie powinien wychodzić tylnim wyjściem? Powietrze było gorące i suche, a słońce wisiało wysoko na czystym niebieskim niebie. Ale gdzie wszyscy poszli? Justin stał chwilę w miejscu, aż nagle zza rogu wypadł Dylan.
- Musisz ją zobaczyć - powiedział. Szarpnął Justina za przedramię i pociągnął za sobą, co było naprawdę złym posunięciem. Bieber miał dość takiego traktowania. Nigdy nie uważał się za najważniejszego w grupie, ale nie był też nikim, a oni powinni o tym doskonale pamiętać! Nie życzył sobie tego, by ktokolwiek ciągnął go za rękę, by nim manipulowano, lub mówiono co ma robić. Walnął Dylana w ramię, a ten od razu go puścił robiąc przepraszającą minę. Przeszli obok domu, aż w końcu znaleźli się obok garażu. Ci, którzy znajdowali się w środku zamiast pracować gapili się z otwartymi ustami w jeden punkt, szepcąc coś między sobą. Justin przeniósł wzrok w miejsce, w które wszyscy się wpatrywali i przez pierwsze kilka sekund, gdy zatrzymał się w pół kroku pomyślał, że postradał zmysły i widzi przed sobą jakąś zjawę. Ducha, który przyszedł, by go nawiedzić i zabrać mu to, co jest dla niego najważniejsze. Pokręcił głową, a potem ruszył dalej. Z każdym kolejnym krokiem widział ją coraz wyraźniej i lepiej. Już po jednym spojrzeniu wiedział, że na pewno nigdy z nią nie spał, więc opcja z tym, że jest matką jego dziecka odpadała, ale czuł coś dziwnego w sobie, gdy tak na nią spoglądał. Dziewczyna, która do niego przyszła, była niższa od niego o kilka centymetrów. Miała dużą bliznę na policzku, jej duże zielone oczy były przekrwione, a cała twarz ubrudzona zaschniętym błotem. Jej usta były popękane, trochę spuchnięte. Na twarzy miała mnóstwo nacięć, jakieś drobne rany, otarcia i podbite oko. Spodnie, które opinały jej chude nogi były ubrudzone, a w niektórych miejscach przesiąknięte zaschniętą już krwią, tak samo wyglądała jej koszulka. Dziewczyna miała bardzo jasną cerę oraz kilka piegów na policzkach i małym, lekko zadartym do góry nosku. Justin nigdy w życiu nie widziała kogoś, kto wyglądałby tak tragicznie. Widział wiele osób, które były przybite, ale ona wyglądała tak jakby była chodzącym smutkiem i bólem. Kim była? Po co tu przyszła? Tego Justin nie wiedział, ale jednego był pewien... nie obchodziło go to. To nie był jego problem. Miał już dość rzeczy, z którymi sam musiał się uporać.
Oddech Arleen był bardzo ciężki. Była pewna, że to on. Ba! To musiał być ten chłopak, którego szukała. Co prawda kręciło jej się w głowie, słabo widziała, a jej nogi wydawały się nienaturalnie ciężkie, ale to zdecydowanie musiał być ten Justin. Szatynka odczuwała okropne zmęczenie, ale wiedziała, że to już koniec. Wiedziała, że w końcu to wszystko się skończy i przy odrobinie szczęścia może nawet dostanie coś do jedzenia.
- Masz na imię Justin? - zapytała, a jej ggłos był jeszcze bardziej zachrypnięty i piskliwy niż kilka godzin wcześniej.
- Tak.
Odetchnęła z ulgą.
- Musisz mi pomóc - powiedziała czując piekące łzy pod powiekami.
Chłopak uniósł do góry prawą brew i uśmiechnął się głupkowato. Zmierzył ją wzrokiem, a potem wzruszył z obojętnością ramionami.
- Nic nie muszę - odpowiedział. - Radzę ci wracać tam skąd przyszłaś, bo nie ma tu dla ciebie miejsca - dodał, a potem jak gdyby nigdy nic odwrócił się na pięcie zostawiając w tyle osłupiałą dziewczynę. Arleen wstrzymała oddech i zamrugała energicznie powiekami. Nie mogła tego pojąć. Gdyby ona spotkała kogoś, kto wyglądałby nawet w jednej trzeciej tak jak ona teraz, od razu by pomogła takiej osobie. I taki człowiek nawet nie musiałby jej o to prosić, ale nie! Przecież ona znowu musiała trafić na takiego dupka, który ma wszystkich gdzieś. I jak on śmie jej rozkazywać? Gdyby tylko wiedział, gdzie była nigdy nie powiedziałby jej, że ma wracać tam skąd przyszła. No chyba, że był bezuczuciowym draniem? Tego nie mogła wiedzieć, bo przecież go nie znała. Ruszyła za Justinem mając nadzieję, że może jeszcze uda się jej powiedzieć coś, co skłoni go do tego, by jej wysłuchał.
- Przeszłam przez piekło, żeby cię kurwa znaleźć! - krzyknęła.
- To do niego wracaj - burknął obojętnym tonem odwracając się do niej. Podparł się rękoma w pasie unosząc w kpiący sposób brwi. Arleen osłupiała. Nie wiedziała dokąd może pójść i co teraz z nią będzie. Zaczynała panikować, a jej wściekłość przerodziła się w bezradność. Czuła się tak jakby jej ostatnia nadzieja umarła na jej oczach. Świadomość, że nie czeka jej już nic innego tylko śmierć była tak przytłaczająca, że coraz trudniej było jej ustać na własnych nogach. Była tym wszystkim przerażona i przekonana, że jej droga właśnie się skończyła.
- On powiedział... - mamrotała pod nosem. - Przecież powiedział, że znałeś Blade'a.
Jej głowa pulsowała, jakby miała zaraz eksplodować na milion małych kawałeczków. Odciągnęła do tyłu kosmyki włosów i opadła na kolana pozbawiona jakiejkolwiek siły. Słońce prażyło, było tak parno, że coraz trudniej jej się oddychało. Jej rany szczypały i bolały jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie miała gdzie spać, gdzie mieszkać, nie mogła wrócić do domu. Została sama z całym tym bałaganem i nie wiedziała jak go uprzątnąć.
- Co powiedziałaś? - usłyszała warknięcie nad sobą i podniosła głowę. Zdziwiło ją to, że Justin stał nad nią ze ściągniętymi brwiami i mocno zaciśniętą szczęką. Arleen zatrzepotała rzęsami pewna tego, że już dawno sobie poszedł. Gapiła się na niego przez chwilę nie wiedząc o co chodzi, ani jak brzmiało jego pytanie. Jego oczy błyszczały gniewnie dając jej do zrozumienia, że musi się odezwać.
- Co? - zapytała głupio.
- Podałaś czyjeś imię.
- B... Blade - zająkała się przerażona jego postawą. Chłopak zaśmiał się nerwowo, pokręcił mocno głową i w końcu gwałtownie szarpnął za jej koszulkę podciągając ją do góry. Usłyszała pękające szwy, materiał był jeszcze lekko wilgotny, ale chłopak nie zwrócił na to żadnej uwagi. Arleen jęknęła czując kolejną, zalewającą ją falę bólu, ale Bieber widocznie miał to gdzieś. Postawił ją do pionu jednym ruchem, a potem popchnął ją w kierunku budynku, przy którym stali jego koledzy. Arleen rozmawiała z dwójką z nich, ale nawet nie pamiętała jak wyglądali. Jęknęła ponownie, gdy chłopak chwycił jej ramię zaciskając na nim mocno swoje długie palce. Na jej nogach, nadgarstkach, rękach, brzuchu, plecach - wszędzie miała otarcia, rany, siniaki, a teraz on dodatkowo szarpał nią jak szmacianą lalką pogarszając jedynie sytuację.
- To boli - pisnęła licząc na to, że coś tym zdziała. Była pewna, że gdyby tego nie powiedziała Justin nie wzmocniłby uścisku i przyśpieszył tępa. Wydawało jej się, że zrobił to celowo i nie potrafiła tego zrozumieć. Jej nogi plątały się pod sobą, była zbyt zmęczona, by chodzić w taki sposób. A raczej, nie mogła tak szybko chodzić, ponieważ przy każdym kroku wydawało jej się, że ktoś wbija sztylet w jej udo. Szatyn popchnął ją w stronę kilku schodków zmuszając do tego, by po nich weszła. Bez słowa sprzeciwu wykonała jego polecenie wchodząc na małą werandę, gdzie jakiś inny chłopak otworzył przed nią drzwi. Arleen i Justin przeszli kilka kolejnych kroków, aż w końcu chłopak z dużą siłą popchnął ją sprawiając, że przeleciała przez pół przedpokoju lądując na podłodze. Zapłakała czując ból w kolanach, z których już wcześniej zdarła sobie skórę. Nie mogła zrozumieć dlaczego Justin ją tak traktuje, bo przecież miał jej pomóc. A może coś źle zrozumiała? Może miała odszukać Justina Miebera, Dibera, Ribera czy jakiegoś innego? Arleen przewróciła się na bok patrząc w jego stronę ze strachem w oczach. Drżała na całym ciele jakby temperatura była poniżej zera. Nagle przeraziła ją myśl, że czeka ją powtórka z rozrywki, że znowu ktoś będzie ją bił, traktował jak śmiecia, że może być jeszcze gorzej niż z tamtym facetem. Jej żołądek ścisnął się jeszcze bardziej.
- Gdzie on jest? - zapytał patrząc na nią z góry.
Oblizała nerwowo usta zerkając na jego twarz.
- Kto?
- Hm, no nie wiem... - powiedział ironicznie. - Może Święty Mikołaj?! - zadrwił. - To chyba logiczne, że chodzi mi o Blade'a!
Arleen nie mogła powstrzymać łez, które wypełniły jej oczy zalewając policzki słonymi kropelkami. Milczała patrząc w jego stronę nie wiedząc jak to powiedzieć. Nie wypowiadała tych słów na głos. To co czuła, gdy ktoś ją zmuszał do powiedzenia tego, było niczym w porównaniu z bólem fizycznym, który odczuwała w tym momencie.
- Gdzie?! - wrzasnął łapiąc jej twarz w swoje dłonie. Jego szorstkie palce zacisnęły się na jej szczęce z ogromną siłą. Arleen milczała patrząc prosto w jego oczy, o odcieniu rozgrzanego karmelu. Widziała, że jest strasznie zdenerwowany. - Kim ty kurwa jesteś, co? - wysyczał jeszcze bardziej zdenerwowany. A potem rozchylił usta jakby wpadło mu do głowy coś bardzo ważnego. - Ktoś cię wysłał na przeszpiegi, tak? - szarpnął drugą dłonią za jej włosy. Arleen odchyliła głowę do tyłu.
- Proszę, - jęknęła błagalnie - nie rób mi krzywdy.
- Gadaj - warknął ignorując jej prośby. Wplótł palce jeszcze bardziej w poskręcane kosmyki i ponownie za nie szarpnął. - Pierwsze pytanie, jak się nazywasz? Drugie, skąd znasz Blade'a i trzecie kto cię tu przysłał? Masz trzydzieści sekund na odpowiedź.
Ciężko oddychając zacisnęła oczy mając świadomość, że Justin nie żartuje.
- Arleen Blackwood - powiedziała. Z każdym słowem czuła, że traci głos. - Blade... Blade to mój brat - wyznała. Pociągnęła nosem, wciąż nie patrząc na szatyna - Will powiedział mi, że muszę cię znaleźć i, że mi pomożesz.
Zamilkła wdzięczna, że Justin poluzował swój uścisk. Wpatrywał się w nią przez długą chwilę, jakby analizując to co powiedziała. Arleen czekała w napięciu na jego odpowiedź, nie spodziewała się niczego dobrego pomimo tego, że wyznała prawdę. Chłopak pokręcił energicznie głową i ponownie chwycił za kołnierzyk jej zniszczonej koszulki podnosząc ją do góry. Przycisnął jej twarz do ściany, a potem naparł swoim ciałem na nią.
- Gdzie on jest?!
Mam nadzieję, że w niebie - pomyślała szatynka nie odzywając się ani słowem. Chciała wierzyć w to, że trafił do lepszego miejsca niż to.
- GDZIE?! - wrzasnął do jej ucha.
- Blade... mój brat... On nie żyje - wybełkotała, cichym, ledwo słyszalnym głosem. Milczała przez chwilę, a potem znowu się odezwała. - Mam dla ciebie list od Willa - powiedziała sięgając wolną, trzęsącą się ręką za pasek spodni. Na początku Arleen pomyślała, że to zdenerwuje Justina jeszcze bardziej i, że nie pozwoli jej niczego wyciągnąć. Bała się, że puszczą mu wszystkie hamulce i całkowicie zeświruje, ale zamiast tego po prostu milczał czekając na to co ona zrobi. Wpatrywał się w jej twarz, ale zachowywał się tak jakby w ogóle nie zauważał obrzydliwej blizny, w ogóle na nią nie patrzył. Wypuścił powietrze z ust zabierając od Arleen zniszczoną kopertę, a potem niespodziewanie zrobił krok w tył puszczając jej ramiona, przez co z impetem upadła na podłogę. Szatynka nie miała nawet sił, by wstać, czy by zapytać go o to, co teraz z nią będzie. Po prostu siedziała na podłodze czując jak wszystko ode niej odpływa.
- Zostań tutaj - powiedział odwracając się na pięcie. - Zaraz przyślę kogoś kto się tobą zajmie.
Arleen zadrżała na jego słowa. Co to miało znaczyć? Ktoś znowu będzie się na niej wyżywał? Justin wyszedł zamykając za sobą drzwi, a dziewczyna pomyślała, że powinna uciekać. Powinna wstać i wybiec jakimś tylnym wyjściem. Jej umysł nie dawał jej ani chwili spokoju, każda komórka jej ciała próbowała ją zmusić do tego, by podnieść się i szukać drogi ucieczki. Nie mogła im ufać, nie mogła ufać Justinowi za to jak ją potraktował. Miał być miły, miał jej pomóc. Jedyną osobą, na której Arleen mogła polegać od samego początku była tylko i wyłącznie ona sama. Pomimo tego, że brakowało jej sił oparła dłoń o ścianę i zmusiła się do wstania. Jęknęła przez rwący ból, który poczuła w nodze, a w tym samym czasie otworzyły się drzwi. Nieznajomy chłopak wszedł do środka patrząc na nią z uprzejmym uśmiechem. Wyglądał na miłego, ale pomimo to Arleen odsunęła się do tyłu.
- Wyluzuj, nic ci nie zrobię - powiedział podchodząc bliżej. - Mam cię zaprowadzić do salonu.
Wyciągnął w jej stronę dłoń. Jakby był świadom tego, że sama daleko nie zajdzie. Szatynka nie wiedziała czy może ją złapać, czy nie dlatego patrzyła na niego wielkimi oczami ocierając resztki łez z policzków.
- Wolisz tu tak stać? - zapytał unosząc do góry brew. Arleen pokręciła głową. - No to chodź.
Złapała jego rękę robiąc małe kroki do przodu. Czuła się tak strasznie kiepsko, jakby miała zaraz zemdleć, ale wiedziała, że to nie może się stać. Musiała być silna, musiała zachować trzeźwy umysł bez względu na wszystko, ale jej powieki były takie ciężkie, a ciało takie obolałe... Była głodna, spragniona i tak bardzo chciało jej się spać.
- Musisz się tak wlec? - jęknął niezadowolony. - Przyznaję jednak, że całkiem dobra z ciebie aktorka, ale wszyscy myślimy, że to tylko taka charakteryzacja. Byłoby lepiej dla ciebie, gdyby okazało się, że się mylimy. Nie lubimy szpiegów.
Arleen nie miała zielonego pojęcia o czym on mówił, w dodatku jego głos się oddalał, obraz który widziała najpierw zaczął lekko mrowić. Widziała przed sobą ciemne kropki, które stawały się coraz większe i większe wprowadzając ją w coraz większe otępienie. Spojrzała w dół widząc jak krew zaczyna ponownie barwić materiał jej dżinsów.
- Słabo mi - powiedziała cicho spoglądając na bezimiennego chłopaka nieprzytomnym wzrokiem. Jego kpiący uśmiech wydawał się rozciągać na całą jego twarz. Zatrzymał się i odwrócił się w jej stronę łapiąc za ramiona, potrząsnął nimi gwałtownie jakby to miało w jakiś sposób pomóc Arleen. Zamiast tego jeszcze bardziej zakręciło jej się w głowie. Zatrzepotała powiekami obsuwając się w dół tracąc kontrolę nad swoim ciałem. Nagle uśmiech ciemnowłosego chłopaka całkowicie zniknął, a na jego twarzy pojawiła się panika. Arleen zamknęła oczy.
Rozchyliła swoje powieki i przez kilka pierwszych sekund nie wiedziała co się stało, gdzie jest i o co chodzi. Tysiące pytań kłębiło się w jej głowie. Chłopak, który wcześniej chciał gdzieś ją zaprowadził stał teraz nad nią z przestraszoną miną. Tył jej głowy pulsował dokładnie tak jak kiedyś, gdy wywróciła się i uderzyła nią o podłogę. Coś mówiło jej, że tym razem spotkało ją to samo. Podciągnęła się do góry próbując usiąść. Chłopak bez słowa objął ją w pasie podsuwając pod ścianę, by mogła się o nią oprzeć.
- Zemdlałaś - powiedział podenerwowanym tonem. Oblizał usta, gapiąc się na nią tak jakby było mu głupio, że zrobiła sobie krzywdę przez jego nieostrożność. - Jesteś strasznie blada, dobrze się czujesz?
Posłała mu kpiące spojrzenie.
- Oh - zaczęła teatralnie. - No wiesz... ja tylko krwawię - powiedziała wskazując na swoje udo. - Jestem głodna, nie pamiętam kiedy ostatnio coś jadłam i chce mi się strasznie pić. Dodajemy do tego jeszcze to, że nie wiem kim ty i twoi kumple jesteście, a wyglądacie naprawdę przerażająco. A tak po za tym ktoś próbował mnie zabić i prawie mu się udało. Przed chwilą straciłam przytomność i naprawdę nie wiem co tu właściwie robię. Więc tak, masz rację, wszystko jest kurwa w idealnym porządku, a ja czuję się wspaniale! - mówiła piskliwym, łamiącym się głosem, który był przepełniony cynizmem. Dlaczego nie mogła trafić gdzieś, gdzie byliby normalni ludzie traktujący ją z szacunkiem?! Była wystraszona, ale też strasznie wściekła, że to wszystko musiało spotkać właśnie ją.
- Jak to straciła przytomność? - usłyszała głos Justina gdzieś za sobą. Chłopak, który przy niej klęczał podniósł się do góry wyprostowany jak struna. Justin zignorował go podchodząc do dziewczyny, przyklęknął obok niej spoglądając na jej zmęczoną twarz.
- Zrobimy tak - zaczął wymuszonym, łagodnym głosem, - obiecuję, że nikt cię nie tknie. Jakoś się wszyscy dogadamy - kontynuował. Przez cały czas patrzył się jej przy tym w oczy, co dekoncentrowało dziewczynę z jakiegoś pokręconego powodu. - Zaraz się tobą zajmę - dodał, - opatrzymy twoje rany, a potem mi wszystko opowiesz. Zgadzasz się?
Arleen milczała przez chwilę zastanawiając się nad tym, co w tej sytuacji jest dobrym rozwiązaniem i czy w ogóle istnieje jakieś wyjście z tego wszystkiego.
- Tak - odpowiedziała w końcu swoim zachrypniętym głosem, chociaż w rzeczywistości wcale nie chciała się na to zgadzać.
- Jeszcze jedno - uśmiechnął się Justin, -  na razie się nie odzywaj, bo całkiem stracisz głos.
Arleen dopiero teraz zauważyła w nim człowieka, a nie potwora, za którego go wzięła, gdy tak bezczelnie ją olał. Miał bardzo ładną twarz, mocno zarysowaną szczękę, grube brwi, a jego włosy wyglądały taka jakby dopiero co podniósł się z łóżka. Jednak było w nim też coś dziwnego, trochę niepokojącego, co trochę przerażało dziewczynę. Odrzucając od siebie te myśli potulnie skinęła głową, a Justin pomógł jej wstać. Trzymał rękę na jej biodrze prowadząc ją w stronę salonu. Już jej nie szarpał, tylko szedł bardzo powoli i zachowywał się bardzo ostrożnie. To było dziwne dla Arleen. Jak ktoś, kto dopiero co prawie rozgniótł jej czaszkę na ścianie mógł być teraz kimś tak opiekuńczym? Co sprawiło, że Bieber nagle stał się taki uprzejmy i troskliwy? O czym rozmawiał i z kim rozmawiał, gdy zostawił ją z tym chłopakiem? A może po prostu przeczytał list od Willa? Denerwowało ją to, że o niczym nie miała pojęcia. Chciała poznać odpowiedzi na swoje pytania.
Salon, w którym się znalazła był bardzo duży, utrzymany w jasnych barwach. W środku znajdowało się kilka półek, które aż uginały się od książek, a pod oknem z lewej strony stał stół, na którym leżała rozłożona plansza.
- Thomas przynieś jej coś do picia. Znajdź apteczkę, jakieś ręczniki i całą resztę, która mi się przyda - Justin zwrócił się do chłopaka, który szedł za nimi, a potem posadził Arleen na eleganckiej skórzanej kanapie, która była przykryta fioletowym kocem. Ponownie przyklęknął przed nią i oparł dłonie o jej uda. Dziewczyna wzdrygnęła się przez jego dotyk.
- To wszystko jest prawdziwe? - zapytał przyglądając się siniakom na jej twarzy.
- Ta...
- Miałaś nic nie mówić - zaśmiał się przerywając jej. Arleen przewróciła oczami, a chłopak uśmiechnął się lekko przesuwając dłoń w górę. Jej żołądek się zacisnął, a ona sama zatrzęsła się ze strachu i gwałtownie strąciła jego ręce.
- Nie dotykaj mnie kurwa - warknęła. - Rozumiesz? Nie dotykaj! - dodała spanikowanym głosem.
- Okej, okej - uniósł dłonie do góry śmiejąc się pod nosem. To całkowicie zirytowało Arleen. Ten dupek nie wiedział co ją spotkało i przez jakie bagno przeszła, więc powinien przestać się tak głupio śmiać i zachowywać w ten sposób. Już miała coś powiedzieć, gdy wrócił Thomas. Odstawił pudełko na stole i rzucił ręcznik w stronę Justina. Następnie odkręcił zakrętkę z butelki i podał ją dziewczynie.
- Pij Arleen, potrzebujesz tego - powiedział poważnym tonem Justin otwierając apteczkę. Szatynka nie potrafiła go rozgryźć. Raz był napalonym idiotą, a chwilę później zachowywał się tak jakby mu na wszystkim zależało. - Thomas możesz iść. Powiedz reszcie, że ma mi nie przeszkadzać - zaznaczył, - i nie wchodzić do salonu- zalecił. - Zrozumiałeś? - Thomas skinął głową w odpowiedzi. - Zamknij za sobą drzwi.
Chłopak bez słowa sprzeciwu opuścił pomieszczenie. To musiało oznaczać, że Justin jest kimś ważnym skoro wszyscy się go słuchali. Może był ich szefem? Może oni byli jego podwładnymi, którzy bez względu na wszystko musieli wykonywać jego rozkazy, bo w przeciwnym razie mogła ich czekać kara? Arleen zastanawiała się nad tym na chwilę, a potem pociągnęłam łyk wody. Nie minęła chwila, a ona już niemal opróżniła całą butelkę rozkoszując się gasnącym pragnieniem. Nie zdawała sobie nawet sprawy z tego jak bardzo chciało jej się pić.
- Lepiej? - zapytał, gdy skończyła. Dziewczyna pokiwała głową, a Justin zabrał butelkę i odstawił ją na bok.
- Wiesz, że muszę złamać naszą obietnicę na jakiś czas, prawda? - powiedział, ale widząc jak Arleen się spina szybo dodał. - Hej, spokojnie! Chcę tylko opatrzyć te rany.
Najpierw wyciągnęła w jego stronę swoje ręce. Justin skrzywił się widząc w jakim stanie były jej nadgarstki - sine i okropnie poprzecierane. Siedzieli w zupełnej ciszy przerywanej syczeniem Arleen, gdy coś zapiekło ją bardziej niż powinno. Nim chłopak zabrał się za rany na jej twarzy poszedł zmoczyć ręcznik i pościerał nim zaschnięte błoto, a dopiero później z delikatnością opatrzył wszystko co tylko mógł. Zakleił niektóre rozcięcia plastrami, a Arleen odnosiła wrażenie, że połowa jej twarzy została ukryta pod opatrunkami. Oboje wyczuwali pomiędzy sobą niezręczną atmosferę, ale żadne z nich nie potrafiło sobie wyjaśnić racjonalnie skąd się brała.
- Okej, a teraz pokaż mi to - powiedział Justin wskazując na przesiąknięty materiał. Arleen zerknęła na to miejsce i przełknęła ślinę. To wcale jej się nie podobało. By pokazać tę ranę będzie musiała ściągnąć spodnie... Pokręciła przecząco głową, a łzy wypełniły jej oczy. Mogła przeżyć to, że zajął się jej buzią oraz rękoma, ale tamta rana była w nieodpowiednim miejscu na jej ciele i nie zamierzała mu jej pokazywać.
- Jezu, - jęknął - nie zamierzam się z tobą pieprzyć Piegowata - westchnął. - Nie jesteś nawet w moim typie.
Arleen prychnęła urażona jego uwagą. Cóż, nie spodziewała się, że w jakiś sposób mu się spodoba i prawdę mówiąc kompletnie jej na tym nie zależało. Była świadoma, że dziewczyna z taką blizną, jak jej nie jest w typie żadnego faceta na tej planecie.
- Odwróć się - rozkazała mu.
- Nie masz tam nic czego wcześniej nie widziałem.
- Jesteś obrzydliwy - jęknęła z niezadowoleniem patrząc na jego ohydny uśmiech. Wywrócił oczami mamrocząc coś na temat tego, że Arleen jest głupia i odwrócił się do niej plecami. Szatynka nerwowo rozsunęła zamek spodni i powoli próbowała je zsunąć ze swoich nóg. Mimo, że nie chciała tego robić, wiedziała, że ktoś musi opatrzyć wszystkie jej rany, bo w przeciwnym razie dostanie zakażenia. Niestety pojawił się mały problem, bo materiał przywarł do rany, która w części zdążyła już obeschnąć.
- Długo jeszcze?
- Zamknij się - burknęła.
- To co ty wyprawiasz? Chyba zdjęcie spodni to nie jest żadna filozofia - powiedział i bez ostrzeżenia odwrócił się w jej stronę.
- JUSTIN! - krzyknęła uderzając go w ramię.
- Komuś tu wracają siły - zaśmiał się patrząc na nią.
Te kilka kropel wody, odpoczynek w zacienionym, chłodnym miejscu naprawdę dobrze na nią wpłynęły, ale nadal była daleka od dobrej formy. Jej głowa wciąż okropnie pulsowała.
- Odwróć się! - fuknęła.
- Przestań się wydzierać i powiedz o co chodzi.
Arleen westchnęła ciężko patrząc na niego spode łba.
- Ta rana... - zaczęła wyjaśniać Arleen, - ona krwawiła i przez to... przykleiła się do materiały u jak teraz ściągnę spodnie, to znowu ją rozwalę - westchnęła.
Justin zamilkł na chwilę zastanawiając się nad czymś.
- Hm, myślę, że po prostu je rozetniemy.
- Co?!
Justin wzruszył ramionami.
- No a co innego chcesz zrobić? Masz lepszy pomysł? - zadrwił. - Wiem, że nie chcesz żebym cię dotykał ale chyba nie mamy innego wyjścia. Może pora, żeby to w końcu do ciebie dotarło, że chcę ci tylko pomóc.
Arleen skrzywiła się patrząc na niego z nieufnością. Jego plan posiadał same minusy, a w dodatku pomijał kilka bardzo istotnych kwestii.
- Nie mam żadnych ubrań - powiedziała, - mam tu paradować nago?
- Mi by to nie przeszkadzało i chłopakom pewnie też - odpowiedział szczerząc się do niej. - Wydaje mi się, że masz całkiem niezłe ciało.
- Mówiłeś, że nie jestem w twoim typie - przypomniała mu wywracają oczami. Odchyliła się do tyłu, chcąc się oprzeć, ale z jej ust wydobył się krzyk, a ona sama niemal od razu wstała ze swojego miejsca. Justin zmarszczył brwi patrząc na nią pytająco. Arleen zagryzła usta z bólu, gdy kilka łez spłynęło po jej policzkach.
- Odwróć się albo sam ci pomogę - warknął. Powoli tracił do niej cierpliwość. Mógł zrozumieć, że nie chciała się rozbierać, mógł zrozumieć, że mu nie ufała, ale on naprawdę chciał jej tylko pomóc i może trochę się podroczyć. Minęło kilka długich sekund ciszy, ale w końcu szatynka pociągnęła nosem i wykonała jego polecenie. Justin wstrzymał na chwilę oddech, gdy to zobaczył. Nie mógł uwierzyć w to, że wcześniej tego nie dostrzegł. Tył koszulki, którą osobiście potargał był cały w czerwonej, świeżej krwi. Materiał przylepiał się do pleców dziewczyny i cały przesiąkł. Wyglądało to naprawdę strasznie.
- Ściągaj to - rozkazał.
- Ale...
- Ściągaj!
Arleen zacisnęła usta w prostą linię patrząc przez ramię na Justina. Nie chciała mu się sprzeciwiać, bo bała się tego, że może ją skrzywdzić. Szatynka złapała za brzeg swojej koszulki i przeciągnęła ją ostrożnie przez głowę. Odrzuciła ją na bok zagryzając usta. Starała się nie płakać, ale im bardziej hamowała łzy tym więcej z nich chciało spłynąć po jej policzkach. Justin westchnął ciężko nerwowo pocierając swoją twarz. Ciężko było na to wszystko patrzeć. Dokładnie obmył wszystko z krwi, a dopiero potem zabrał się do pracy. Co chwilę kręcił głową z niedowierzaniem. Nie był święty, ale jeszcze nigdy nikogo tak nie skatował. Najgorsze było dla niego to, że Arleen cały czas płakała i strasznie się trzęsła, a on nie wiedział czy to przez ból, czy dlatego, że musi stać przed nim prawie naga. Justin wolał nie liczyć ile razy ocierał wszystkie rozcięcia przeróżnymi środkami, którymi dysponował. Wolał nie pamiętać wszystkich filetowych siniaków, które pokrywały jej chude plecy. Najchętniej zapomniałby o tym wszystkim już teraz, gdyby tylko mógł to zrobić.
- Odwróć się - rozkazał.
Arleen nie patrzyła na niego. Skrzyżowała ręce na swoich małych piersiach całkowicie zawstydzona i zażenowana. Już nawet nie ścierała łez, które moczyły jej policzki. Justin opatrywał każdą ranę z niezwykłą delikatnością, a mimo to wszystko okropnie ją bolało. Dziewczyna była mu wdzięczna, że nie skomentował jej sylwetki, ani zaczął robić sobie z niej żartów. Gdy tylko skończył z jej brzuchem oraz kilkoma innymi miejscami bez słowa ściągnął swoją granatową koszulkę i wyciągnął ją w jej stronę. Arleen nawet nie drgnęła. Wpatrywała się w podłogę z kurczowo przyciśniętymi rękoma do klatki piersiowej. Justin wzniósł oczy ku górze, a potem nawinął materiał na własne ręce i sam założył jej koszulkę przez głowę. Dopiero wtedy Arleen wcisnęła chude ręce w rękawy i usiadła na sofie wiedząc, że musi mu pokazać to cholerne udo. Nic nie mówiąc, ani nawet nie patrząc na jego twarz obserwowała jak rozcina materiał dżinsów przy pomocy nożyczek, ale tak naprawdę wcale ich nie potrzebował, bo wszystko rwało się bez większych problemów. Arleen była zażenowana, czuła się tak skrępowana, że ledwo oddychała.
- Kurwa mać - skomentował Justin przenosząc przerażone spojrzenie na jej twarz.
- Oh, - mruknęła - nie mówiłam, że to jest dość... głębokie nacięcie? - zapytała.
Justin złapał się za głowę. Widział już jej siniaki, widział otarcia i całą resztę, ale ta  rana była po prostu nie do opisania. Nie ciągnęła się przez całe udo, ale była za to gruba i głęboka. Wyglądała paskudnie, sączyła się z niej krew i jakieś osocze. Chłopak przez moment zastanawiał się jakim cudem Arleen potrafiła jeszcze chodzić i jak to możliwe, że cały czas jakoś się trzyma. Większość dziewczyn jakie znał, już dawno by się poddało, ale nie ona. Tylko co on miał teraz zrobić?
- Nie mów tego.
- Czego? - zapytał.
- Że mam iść z tym do szpitala - odpowiedziała bawiąc się swoimi palcami. W końcu zdecydowała się podnieść głowę i spojrzeć na jego twarz. Jego mina nie wyrażała obrzydzenia, a raczej zakłopotanie i niepewność. Palcami potarł brodę, a potem głośno westchnął.
- Nie dałabyś rady tam pójść, więc chyba ktoś będzie musiał cię tam zawieźć - powiedział.
Arleen zaczęła gwałtownie kręcić głową ignorując to, że przez to boli ją jeszcze bardziej.
- Nie ma mowy!
- Piegowata nie masz nic do gadania - odparł spokojnie Justin. Zapadła cisza. Wpatrywali się w siebie w milczeniu. Arleen zaciskała dłonie w pięści, a jej zęby niemal zgrzytały o siebie. Co on sobie myślał? Że wyśle ją do szpitala, gdzie każdy będzie patrzył na nią pytająco? Gdzie wszyscy będą ją sobie pokazywać palcami i snuć kolejne teorie dotycząc tego, co ją spotkało? Wyobraziła sobie, że wchodzi do gabinetu lekarskiego, pokazuje swoje rany i mówi, że spadła ze schodów. Tylko jakie schody mają noże? Na jakich schodach można się tak strasznie pociąć, poranić i obić? Na żadnych.
- Proszę - jęknęła błagalnie, a Justin odwrócił wzrok. - Nie możesz tego jakoś opatrzyć? Przecież to się samo zagoi, tylko... tylko pozwól mi tu zostać na kilka dni - poprosiła. Chłopak milczał wpatrując się w ranę. Arleen wiedziała, że może go trochę zaskoczyć. Sama wiedziała, że tak to się skończy, gdy tylko nieznajomy wbił w jej udo ten przeklęty nóż. Teraz, gdy stawiała kolejne kroki czuła się tak jakby cały czas było to powtarzane. Z jej rozmyślań wyrwało ją głośne westchnięcie Justina, który zabrał się do pracy. Arleen zasłoniła swoje usta dłonią, by chociaż trochę stłumić swoje okrzyki bólu. Natomiast sam Justin zrobił to, co było w jego mocy, ale wiedział, że Arleen powinna dostać jakieś leki i, że to rozcięcie powinna obejrzeć jakaś wykwalifikowana osoba, a nie on. To może się źle skończyć. Jednak z drugiej strony, to nie była jego sprawa. Skoro nie chciała jechać, to on nie zamierzał na nią naciskać.
Arleen siedziała na sofie obserwując jak Justin zbiera wszystkie brudne rzeczy, a potem zakręca małe buteleczki i odkłada je do pudełka.
- Słuchaj... Justin - zaczęła przerywając ciszę. - Masz tutaj gdzieś lustro? Chcę zobaczyć jak wyglądam.
- To nie jest dobry pomysł - odparł odwracając się w jej stronę.
- Dlaczego?
- Bo wyglądasz tragicznie.
- Oh, poważnie? Nie domyśliłabym się tego - odpowiedziała wywracając oczami. - Wiem, że nie jestem obecnie atrakcyjna, ale...
- Nie - przerwał jej. - Piegowata, jesteś gościem w moim domu i panują tutaj moje zasady, więc jak mówię nie, to oznacza to nie. Żadnego oglądania się w lustrze.
- Wiem, że mam bliznę na policzku i wiem, że...
- Nie - powtórzył. - Żadnych luster, dotarło?
Arleen spojrzała na niego jak na idiotę. O co mu chodziło? Dlaczego nie mogła pójść i po prostu się przejrzeć? Wiedziała przecież, że nie jest królową piękności. Wiedziała, że ma jakieś siniaki na twarzy i, że przez to ostatnie resztki jej uroku zostały jej odebrane, ale chciała zobaczyć czy jeszcze przypomina siebie. Jadąc samochodem, jeszcze zanim tamta dwójka ją dopadła nawet nie pomyślała o tym, by się przejrzeć.
- Jesteś strasznie dziwny - odparła, a Justin zaśmiał się pod nosem. - Mogę chociaż wiedzieć dlaczego?
- Bo jesteś dziewczyną.
- Co to ma niby znaczyć?
- Pozwolę ci się przejrzeć w lustrze po tym jak porozmawiamy o wszystkim. Po prostu wydaje mi się, że jesteś słaba. Problem polega na tym, że nie wiem jak bardzo jesteś słaba. Obawiam się, że gdy tylko zobaczysz swoje odbicie wpadnie ci do głowy debilny pomysł, żeby się zabić.
Arleen poczuła się urażona, że nazwał ją słabą. Mógł określić ją na wiele sposobów, ale słaba? To przecież wcale do niej nie pasowało. Była silna, bo przecież, gdyby było inaczej nigdy, by tu nie trafiła tylko wróciłaby z tamtą dwójką do małej, ciasnej piwnicy. Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersiach myśląc o tym, co powiedział jej Justin. Nie potrafiła tego zrozumieć.
- Mogłeś mi tego nie mówić - odpowiedziała. - Już lepiej, żebym zobaczyła się w lustrze niż słuchała od ciebie o tym jaka to jestem słaba - dodała naburmuszona.
Justin wzniósł oczy ku górze, a potem zaczął coś mamrotać pod nosem.
- Przyniosę ci coś do jedzenia i do picia - powiedział i wyszedł z pomieszczenia.
Arleen nie zjadła dużo. Wydawało jej się, że jest tak strasznie głodna, a w rzeczywistości praktycznie nie dotknęła niczego co znalazło się na jej talerzu, jakby jej żołądek skurczył się do minimalnego rozmiaru. Wypiła kolejną butelkę wody, a potem Justin powiedział jej, że może się przespać jeśli chce, więc dziewczyna bez zbędnego gadania zwinęła się w kłębek na kanapie w salonie i zasnęła. Nie pamiętała kiedy ostatnio miała się czym przykryć i kiedy jej głowa leżała na tak miękkiej poduszce. Przez ułamek sekundy poczuła się jak w swoim domu, chociaż oczywiście, gdyby tak było spałaby na normalnym łóżku, a nie w koszulce obcego chłopaka przykryta jakimś kocem. Nie wierciła się, ani nie przekręcała, bo przy każdym ruchu wszystko bardzo ją bolało. Spała słysząc w tle jakieś głosy, jakby ktoś grał w jakąś grę. Stłumione śmiechy, chichoty, ale to wcale jej nie przeszkadzało.

*

Arleen chciała otworzyć oczy, ale było tak jakby ktoś lub coś jej na to nie pozwalał. Jej powieki wydawały się być strasznie ciężkie, a gałki oczne okropnie ją piekły. Było jej okropnie gorąco, jakby siedziała w jakimś gorącym pomieszczeniu lub przez wiele godzin leżała na słońcu. Bolały ją mięśnie, a skóra była tak bardzo nagrzana jakby zaraz miała się roztopić. Czuła, że oblewają ją zimne poty i, że na moment sama zaczyna drżeć, ale jakby od razu wracała do punktu wyjścia i od początku wszystko, łącznie z nią nagrzewało się do granic wytrzymałości.
- Arleen!
Usłyszała wołanie i uśmiechnęła się pod nosem. Zaczęła biec w dół ulicy, która prowadziła do jej domu. Była bardzo ładna pogoda, słońce świeciło i wiał przyjemny wiatr. Arleen bez słowa minęła wredną sąsiadkę, a potem zobaczyła budynek znajdujący się na przedmieściach Kitchener. Szybko wbiegła po schodach na piętro kamienicy i stanęła przed drzwiami prowadzącymi do jej mieszkania. Nacisnęła na klamkę i weszła do środka. Znowu wydawało jej się, że Blade ją woła. Uśmiechnęła się szeroko rozglądając się po ścianach. Wszystko wyglądało tak jak zawsze, było przytulnie i czuła, ze jest w odpowiednim miejscu. Arleen ruszyła w stronę kuchni wciąż uśmiechając się do siebie, gdy nagle poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Zaczęła krzyczeć, krzyczała tak bardzo, że prawie zabrakło jej tlenu w płucach. Blade leżał na zimnych kafelkach, z dziurą w głowie.
Justin rzucił się w stronę Arleen, gdy tylko podniosła się do góry łapiąc zachłannie powietrze. Jej skóra była lepka i mokra od potu, miała posklejane włosy i wyglądała okropnie. Prawdę mówiąc, gdy do niego przyszła ubrudzona błotem wyglądała lepiej niż teraz. Położył rękę na jej plecach bojąc się, że jeśli opadnie z powrotem na poduszkę zrobi sobie krzywdę. Miała nieprzytomny wzrok i wyglądała na chorą.
- Gdzie jest Blade? - zapytała dziecinnym głosem.
- To tylko zły sen - odparł. - Tylko spokojnie - dodał i posłał Ryanowi spojrzenie, a ten zaś trącił łokciem trzeciego chłopaka, który patrzył na Arleen martwiąc się o coś.
- Ma straszną gorączkę - powiedział.
- Wiemy Einsteinie - warknął Justin dotykając jej czoła. - Jak ją zbić? Próbowaliśmy już okładów, ale nie pomogły. A potem zaczęła majaczyć i mówić przez sen.
- Kto założył jej opatrunki pierwszego dnia?
- Ja, zraz po tym jak przyszła zająłem się tym, a wczoraj pilnował jej Colin, bo byłem zajęty - odparł. - Mówił, że obudziła się tylko na chwilę, więc dał jej wody.
Larry pokiwał głową, a potem złapał za rękę dziewczyny sprawdzając jej puls. Marszczył brwi i intensywnie nad czymś myślał.
- Zawołajcie Colina - powiedział.
Ryan przyprowadził go po minucie. Chłopak wydawał się być zdezorientowany, miał ręce ubrudzone smarem, a przy tym wcale nie wyglądał na zadowolonego. Jakby nie chciał przebywać w salonie w towarzystwie tych wszystkich osób.
- O co chodzi? - zapytał blondyn.
- Pilnowałeś jej wczoraj?
Justin spojrzał na Larry'ego jak na idiotę. Przecież dosłownie chwilę wcześniej o tym mówili! Chłopak wywrócił oczami, a następnie położył nowy ręcznik na czole praktycznie nieprzytomnej Arleen. Martwił się o to, że będzie musiał ją zabrać do szpitala i nie dlatego, że ona tego nie chciała, ale dlatego, że to mogłoby wszystko skomplikować.
- Tak - odpowiedział z obojętnością Colin.
- Zmieniłeś opatrunki na plecach i ten na jej udzie? - zapytał.
Szatyn nagle zrozumiał do czego zmierza jego znajomy, ale przecież ufał Colinowi i każdej jednej osobie w tym domu, więc nawet nie pomyślał o tym, by pytać o coś takiego. Zerknął na zegarek sprawdzając ile ma jeszcze czasu, zanim sam zabierze się za wymianę niektórych z bandaży. Coś zaniepokoiło Justina, ponownie spojrzał na Colina, który stał przed nimi z zaciśniętymi ustami.
- Colin - warknął Justin. - Żartujesz sobie?! - prychnął podnosząc głos. Złapał się za głowę i mocno nią pokręcił. Czuł, że zaraz się zagotuje z nerwów.
- Wielkie rzeczy - prychnął blondyn spoglądając na dziewczynę z obojętnością, - znalazłeś jakąś przybłędę i teraz wszyscy stają na głowie, bo ktoś ją zmasakrował. Nawet jej nie znamy - dodał. - Po chuj uprzykrzasz sobie życie Bieber? Mamy wystarczająco dużo problemów.
- I dlatego postanowiłeś, że pozwolisz jej umrzeć? - odpowiedział Ryan z niedowierzaniem. On również wyglądał na zszokowanego zachowaniem Colina.
- Ona nie umrze - odparł wzruszając ramionami. - Ma gorączkę, też mi coś. Po co ją trzymacie? Ona nawet nie powinna przekraczać progu tego domu - fuknął.
Justin odliczył od zera do dziesięciu trzy razy, ale to w niczym mu nie pomogło. Rzucił się na Colina i nikt nie stanął w jego obronie. Ryan odwrócił wzrok skupiając się na Arleen, a Larry usiadł na podłodze obok niej tłumacząc chłopakowi co teraz powinni zrobić, by jakoś zbić gorączkę i doprowadzić dziewczynę do normalności.
- Pobijesz mnie przez jakąś przybłędę? - wycharczał blondyn. Justin trzymał go w górze zaciskając palce na jego koszulce.
- Ona jest mi potrzebna - warknął. - Jesteś pojebany Colin - dodał. - Jeśli coś jej się stanie, jeśli się nie obudzi, albo co gorsza umrze to przysięgam, sam pochowam cię żywcem na wzgórzu - splunął. Pięść Justina uderzyła o szczękę chłopaka. Colin skrzywił się lekko ścierając krew, która wypłynęła z jego rozciętej wargi.
- I wszystko przez kolejną szmatę, którą tu sprowadziłeś! - wykrzyknął wyrzucając ręce do góry.
Justin odwrócił się gwałtownie i ponownie przycisnął chłopaka do ściany.
- To mój dom i będę tu sprowadzał kogo chcę, pamiętasz?
- Tak - wydukał Colin.
- A to - skinął głową w stronę sofy - jest Arleen Blackwood. Powiedz mi teraz, ilu Blackwoodów znasz?
Colin rozchylił usta robiąc ogromne oczy. Stał osłupiały patrząc na Justina, który odwrócił się i szybkim krokiem podszedł do Larry'ego i Ryana. Zerknął na twarz dziewczyny myśląc o niej. Nie chciał, by została, bo była ładna. Nie chciał, by została, bo czuł się za nią odpowiedzialny czy dlatego, że było mu jej żal. Chciał, by została, bo miała to czego szukał od bardzo dawna, a Justin miał zamiar to odzyskać. Bez względu na wszystko.


* * *

Jestem na was złaaaa (nie na wszystkich), ale dobra, nie będę nic mówić, bo i tak te osoby, o które chodzi nawet tego nie przeczytają lol. Mam tylko malutką prośbę - podpisujcie się w komentarzach :). Ten rozdział ma 10 stron w Wordzie za co przepraszam lol. Wiem, że co za dużo to nie zdrowo, ale jakoś tak wyszło. A co do treści, chcę tylko powiedzieć, że absolutnie nic nie jest takie proste jak mogłoby się wam wydawać ;>
Dziękuję za polecanie mojego ff i jakbyście byli tacy mili i mogli to robić dalej, to naprawdę bym się nie obraziła haha :')



52 komentarze:

  1. świetny rozdział hfsdhghghdfgsdgdkjs nie mogę się doczekać nn *-*
    @kidrawhxo

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham to! 😻 czekam na kolejny rozdział- ninianiek

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest cudowne, przysięgam! Chciałabym częściej rozdziały, bo strasznie podoba mi się to, ale rozumiem, że masz też swoje życie :) na prawdę cudowne opowiadanie! Mam nadzięję, że nie przestaniesz pisać. Powodzenia! :) @olixum

    OdpowiedzUsuń
  4. SWIETNY ROZDZIAL @biebs_ilysmx

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć, chciałam się zapytać czy masz coś wspólnego z tym blogiem i czy nie wiesz czy będzie dalszy rozsział? http://our-restless-souls.blogspot.com/2014/06/rozdzia-dwudziesty-dziewiaty.html?m=1

    OdpowiedzUsuń
  6. Boże kochany cudowny rozdział i ciesze sie że Arleen dotarła wreszcie do Justina, mam nadzieje że tam zostanie a Justin sie nią zaopiekuje :) Życzę duuuużo weny do pisania i czekam na kolejne rozdziały które mam nadzieje że szybko sie pojawią hyhy.
    @_KidrauhlsBack_

    OdpowiedzUsuń
  7. Jest genialny! Strasznie ciekawi mnie co będzie dalej i co Justin chce odzyskać. Czekam na następny. / obrienuhl

    OdpowiedzUsuń
  8. Jednym słowem : WOW : D Nic więcej nie mam do powiedzenia :) @bieber_have

    OdpowiedzUsuń
  9. Robi sie coraz ciekawiej @iheartblaugrana

    OdpowiedzUsuń
  10. Genialny rozdzial czekam na nn xx
    @luuuvmyjdb

    OdpowiedzUsuń
  11. Genialny rozdział! Jestem ciekawa do czego potrzebna jest Justinowi Arleen. Tyle tajemnic ahjdfhasjfhk.

    OdpowiedzUsuń
  12. nie wiem conapisać pisać, po prostu kocham, uwielbiam, ubóstwiam asdkajf, czekam na nastepny @luv_my_Larreh

    OdpowiedzUsuń
  13. Wciągnęło mnie to opowiadanie. Jak dla mnie mogą być jeszcze dłuższe.
    O CO CHODZI KIM JEJ BRAT BYŁ, ŻE ONA TAKA WAŻNA?
    @piamiaxbiebs

    OdpowiedzUsuń
  14. Uwielbiam to opowiadanie <3

    @oleandka_
    http://fanfictions-for-you01.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. Chcę już kolejny! :):) @MrsKirdauhlJus

    OdpowiedzUsuń
  16. jprdl taaaaaaki długiii, ja chce takich więcej dhfjisjkfhd <3 omfg rozdział jest boski shdjfsijkd i w ogóle nie mogę się doczekać następnego jhsfdh <3

    OdpowiedzUsuń
  17. idealny ta rana mnie przeraża serio @HEALYPRADA

    OdpowiedzUsuń
  18. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  19. Och, och dobra. Tamten komentarz był całkowicie do dypu, więc napiszę go jeszcze raz - żeby nie było.
    Powiem całkiem szczerze, że początek całkowicie mnie rozwalił. Dałaś tajemniczy akcent, co spowodowało, iż myślałam: "Zaraz się zabiją", a tu proszę. Grają w monopoly jakby to była walka na śmierć i życie, haha. Jednak już mniewięcej w połowie robi się mniej zabawnie. Szczególnie, gdy A. idzie do J. On bawi się nią - tak, jak to ujęłaś - niczym szmacianą lalką. Dupek. Mógł się chociażby przyjerzeć tym ranom i przyznać, że są prawdziwie, albo zastanowić się, czy przpadkiem "uciakła z grupy, która wysłała ją na przeszpiegi". Mam ochotę go za to zabić ♥
    Rozdział jest po prostu C.U.D.O.W.N.Y!! Chę więcej i mam nadzieję, że to juz niedługo :)))

    milosny-klamca.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  20. Świetny rozdział.Nareszcie się spotkali .Wspaniale piszesz.Czkam na następny.Życzę dożo weny i powodzenia w pisaniu<3 Masz talent @Little1Lies

    OdpowiedzUsuń
  21. Jezzuuu ten rozdział jest BOSKI! Świetne opowiadanie,wspaniale piszesz.Już nie mogę się doczekać kolejnego omg fbmbmfb Pozdrawiam Cię słoneczko!-@JUUUUSB

    aaa mam jeszcze pytanko,czy będziesz w najbliższym czasie dodawała nowe rozdziały na 2 kolejne blogi ? x

    OdpowiedzUsuń
  22. Ufff... na początku myślałam, że Jus ją zostawi, ale teraz jestem spokojna. Tak poza tym, to całkiem słodko, jak się wścieka z nadopiekuńczości. Pisz dalej, pls
    @aleksandraa984

    OdpowiedzUsuń
  23. Zajebiste czekam na kolejne szybko! @pinkey_belieber

    OdpowiedzUsuń
  24. rzozdział mega :D mnie się podobał
    nie mogę się doczekać next
    życzę weny kochanie ;)
    @kocham_biebsa

    OdpowiedzUsuń
  25. UWIELBIAM TO! Opowiadanie się dopiero rozkręca, a tak bardzo wciąga. Kocham, kocham, kocham! Czekam z niecierpliwością na kolejny :) @newyorkismy

    OdpowiedzUsuń
  26. świetny rozdział, świetne opowiadanie! :) czekam na następny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Jeju wspaniały! Właśnie takiego spotkania sie spodziewałam ;) @szarymalik

    OdpowiedzUsuń
  28. jest super, co tu więcej pisać? i nie przeszkadza mi wcale to, że to aż 10 stron. w ogóle tego nie poczułam.
    pzdr
    @whitebluestripe

    OdpowiedzUsuń
  29. Kocham to. Wszystko praktycznie dopiero się rozkręca a ja wiem, że to opowiadanie należy już do moich ulubionych. // @youngdrxw

    OdpowiedzUsuń
  30. Jak dla mnie super!

    OdpowiedzUsuń
  31. Wow! Ale się rozpisałaś! Rób tak częściej! Kocham! ❤️

    OdpowiedzUsuń
  32. Ten blog jest niesamowity! Trzyma w napięciu do ostatniego słowa! Masz niesamowity talent i mam nadzieje ze nie bedziesz przejmowali sie mniejsza ilością komentarzy bo ten blog to najlepsze opowiadanie jakie czytałam zarówno o Justinie jak i one direction. Kiedy nowy rozdział?

    OdpowiedzUsuń
  33. Totalnie zakochalam sie w twoim opowiadaniu jest wszytko co lubie. Nie moge sie juz doczekac astepnego rozdzialu. Jestem ciekawa co bedzie dalej, wiec do nastepnego xx

    OdpowiedzUsuń
  34. wrócisz do our-restless-souls?

    OdpowiedzUsuń
  35. Genialny :) Szczerze, to trochę inaczej sobie wyobrażałam ich spotkanie, ale twoja wersja jest zdecydowanie lepsza. Co Justin chce odzyskać???
    Czekam na kolejny xx
    ineedangelinmylife.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  36. Jest świetny ! I taki długi ♥♥♥ Kocham cię Czekam na następny
    @Loli$a

    OdpowiedzUsuń
  37. Fajny blog :) Zyskałaś nową czytelniczkę :D - Wiki

    OdpowiedzUsuń
  38. Boskii, czekam na nn <33333333333

    OdpowiedzUsuń
  39. Genialny chciałabym żeby każdy rozdział był taki długi

    OdpowiedzUsuń
  40. Niesamowite opowiadanie ;) @EmiliaWojta

    OdpowiedzUsuń
  41. No nareszcie Justin! Szkoda, że na początku był takim zimnym draniem :/

    OdpowiedzUsuń
  42. Kocham.kocham. kocham!!! <3 @Caaarly23

    OdpowiedzUsuń
  43. Cudny!!!! Nie jestem Beliber (mam nadzieje że nikt za to mnie tu obrażać nie będzie) ale kocham twój styl pisania. Mi tam w ogóle nie przeszkadza taki długi rozdział. Jak dla mnie każdy mógłby być taki :D
    Intryguje mnie jakie plany ma Bieber w jej sprawie. No i ten jego "gang" i te całe szpiegowanie. Jak tego szybko nie wyjaśnisz to eksploduje z ciekawości.
    nuda100

    OdpowiedzUsuń
  44. Genialne, kocham
    Czekam na następny
    Xx

    OdpowiedzUsuń
  45. Wow. Genialne <3
    A kiedy mniej więcej będzie nowy rozdział? :)
    Pozdrawiam @Belieber_032012

    OdpowiedzUsuń
  46. asdfghjkjhgfd kocham to ff <3 świetny rozdział -@thisswaggirl_JB

    OdpowiedzUsuń
  47. feelsofantastic11 sierpnia 2014 04:53

    dalej, dalej! <3

    OdpowiedzUsuń
  48. cudny <3
    czekam na kolejny ♥ 🌈🐼
    @yolukeyx

    OdpowiedzUsuń
  49. Dziewczyno kocham cie aaaaaa😭
    @sthginylenol

    OdpowiedzUsuń